Rajski Zanzibar - nadmiar piękna. Film


Zanzibar. Uroa. Łódź arabska
Po raz pierwszy nie zdążylibyśmy na samolot z własnej winy. Chyba niewyspanie i jakieś wakacyjne rozluźnienie sprawiło, że nie sprawdziłem dokładnie godziny odlotu i na bramce stawiliśmy się pięć minut przed startem. Na szczęście obsługa okazała się bardzo pomocna. Na szczęście, bo wycieczka była dość droga. Gdy już udało się wejść na pokład, przeprosiliśmy załogę oraz pasażerów i zajęliśmy miejsca w fotelach na dziesięć długich godzin. Myślałem, że będzie gorzej w takim małym samolocie – był To Boeing 737-800 czyli zwykły, wąskokadłubowy samolot tyle, że z ciut większą ilością miejsca na nogi i o większym zasięgu. Po nieprzespanej nocy po prostu wpadliśmy w objęcia Morfeusza i obudziliśmy się, gdy samolot podchodził do międzylądowania w Hurghadzie. Czas tankowania paliwa i zmiany załogi spędziliśmy oczywiście na pokładzie przy otwartych drzwiach i wyłączonej klimatyzacji ze względów bezpieczeństwa. Następna, dłuższa część lotu też minęła jakoś niepostrzeżenie, oczywiście swoje zrobiło dobre wino ze skybaru i ciekawe widoki za oknem.
Lądowanie na Zanzibarze odbywało się po zmroku (przy równiku robi się ciemno koło 18.00), co było naprawdę błogosławieństwem, bo nie wyobrażam sobie przebywania na małym lotnisku przykrytym dachem z blachy falistej w samo południe. Formalności wjazdowe troszkę się dłużyły, trzeba było wypełnić formularz wizowy i deklarację wjazdową na kolanie, bo stoliczków było zbyt mało (formularze są bardzo proste i leżą porozkładane na stolikach), po czym w jednym okienku bankowym opłacało się wizę, a w następnym była kontrola graniczna. Druków oczywiście nikt nie czyta, tak, że nie trzeba zbytnio przejmować się dokładnym wypełnianiem. Żółtej książeczki szczepień też nikt od nas nie żądał, zresztą szczepienia nie są potrzebne, gdy przylatuje się bezpośrednio z Europy. Strażnik sprawdza paszport, zbiera odciski palców i robi zdjęcie kamerką umiejscowioną za szybą. Teraz można już przejść po walizki. Nie ma tu taśm, bagaż można odszukać samemu lub za dolara zrobi to bagażowy. Warto już na lotnisku posiadać kilka jednodolarówek, przydadzą się dla bagażowego dla następnego, który zabierze walizkę do autobusu, dla kierowcy. Generalnie jednodolarówki przydają się dość często i sprawiają radość obdarowanym.
Trasa do hotelu zajęła nam około jednej godziny, bo dróg na Zanzibarze nie ma zbyt wiele, a na tych, które są siłą rzeczy ruch jest dość duży i dość chaotyczny. Sam hotel zaskoczył nas pozytywnie, niby jeden z tańszych, ale naprawdę ładny i dobrze utrzymany w afrykańskim stylu. Większość
Hotel Paradise Beach Resort. Zanzibar
Hotel Paradise Beach Resort
wyposażenia robiona była ręcznie z lokalnych materiałów, pokoje duże z wygodnymi łóżkami zasłanianymi moskitierami. Te moskitiery nie były zbyt konieczne, bo okazało się, że komarów na wyspie jest naprawdę mało, a te, które są nie przenoszą groźnych chorób. Woda z kranu była na tyle bezpieczna, że można było bez ryzyka myć zęby, ale oczywiście nie próbowaliśmy jej pić. Przez cały pobyt nie przytrafiły nam się żadne sensacje żołądkowe, pomimo, że zdarzało nam się jeść w nieco podejrzanych miejscach, a na wycieczkach jedliśmy owoce opłukane kranówką. Ludzie na Zanzibarze są zazwyczaj mili, nienachalni, to znaczy oprócz tych, którzy chcą wam sprzedać wycieczki. Generalnie są weseli i sympatyczni. Zwłaszcza Masajowie. Chodzą w tych swoich tradycyjnych szatach uzbrojeni w maczetę, pałkę i kij, ale w rzeczywistości są to normalni chłopcy oglądający teledyski na YouTube.
Zanzibar. Masaj pracujący w ochronie hotelu
Pokazali nam kilka ciekawych utworów z afrykańskimi pięknościami. Jeśli chcecie kupować jakieś pamiątki, to polecam zaczepić Masaja na plaży. Mają ładne, robione ręcznie drewniane figurki, bransoletki, koraliki, handlują też innym towarem. Zresztą na pewno sami do was podejdą.
Nie będę pisał o wycieczkach po Zanzibarze, bo o tym piszą wszyscy inni, wspomnę o jedzeniu. Nie na darmo Zanzibar słynie z przypraw, faktycznie wszystko, co jedliśmy, niezależnie od tego gdzie jadaliśmy było pyszne, wspaniale przyprawione i świeże. Tutaj nawet szpinak i ryż podają na kilka sposobów i wszystko smakuje inaczej niż w kraju. Ja nie jestem fanem jedzenia, ale przyznaję, że Zanzi to pierwszy kraj, w którym jadłem posiłki z przyjemnością. Tak przy okazji wspomnę, że w pierwszy dzień wyszliśmy do lokalnej em… speluny, taka
Ciekawe krzesełka z patyków.
Nie jest to jednak speluna o której piałem.
większa buda dla psa z zakratowanym okienkiem przez które pani podawała piwo. Krzesełka były z patyków powleczonych ledwie wyprawioną skórą bydlęcą, poważnie. Spotkaliśmy tam naprawdę fajnych tubylców. Ci ludzie są naprawdę przyjaźni, choć niektórzy nie bezinteresownie. Jednym z nich był gość, który przedstawił się jako Mr. CocaCola, co jak się dużo później dowiedzieliśmy oznacza po prostu łapówkę. Mr. CocaCola chciał nam sprzedać wycieczkę, ale my uparliśmy się, by załatwił nam coś lokalnego do jedzenia. Okazało się, że nie ma problemu, gość osobiście ugotuje coś dla nas samodzielnie (akurat). Dobiliśmy targu i następnego dnia czekał na nas przed bramą hotelu. Zaprowadził nas do wioski, na jakąś rozpoczętą budowę, wciągnął za stalowe drzwi i już myślałem, że może zaoferuje jakieś zioła, ale nic z tego. Rozłożył na podłodze matę, przygotował naprawdę imponującą ilość żarcia, jakiś homary, kraby, ośmiornice do tego ryż owoce i Coca Colę oczywiście. Bardzo się starał, jedzenie było naprawdę dobre, ale mieliśmy wątpliwości, co do czystości. Nam, Europejczykom mogło to zaszkodzić. Na szczęście mieliśmy coś na odkażanie i dzień zakończył się dość wesoło.
The Rock Restaurant. Zanzibar
Zanzibar. Muszle na plaży
Zanzibar generalnie jest naprawdę piękny, piękny jest kolor wody, palmy i uśmiechnięci ludzie. Jedyną wadą, jak dla mnie, a zaletą dla innych był nadmiar tego piękna i chodzi mi tu o piaszczyste plaże, które generalnie mnie nudzą, ale doceniam piękne rajskie widoczki i trochę na tych plażach wytrzymałem w dobrym towarzystwie. Patrzałem na horyzont mając w świadomości, że gdzieś tam, na wprost są Indie, a lekko na prawo Australia. Ciekawostką są odpływy, gdy woda Oceanu Indyjskiego znika gdzieś tam pod horyzontem, odsłaniając wodorosty i całą masę piasku, które razem tworzą ciekawą mozaikę kolorystyczną. Łodzie osiadają na dnie, a kobiety wychodzą zbierać to, co się nada na pożywienie. Niestety do kąpieli pozostaje wtedy tylko basen hotelowy.  Z atrakcji, które mnie osobiście przypasowały poleciłbym rejs tradycyjną łodzią arabską, ale musi być to rejs organizowany przez lokalnych ludzi nie za pośrednictwem biura podróży. Wtedy grupa może być mniejsza, a trasa



wycieczki bardziej dopasowana do waszych potrzeb. Farma przypraw, którą chcieli zobaczyć nasi towarzysze mnie specjalnie nie zachwyciła, Stone Town było ciekawe, ale jak to mówią nie urywało dolnej części ciała. Bardziej podobał mi się targ, gdzie można było obserwować ludzi i sam przejazd przez przedmieścia, gdzie widać prawdziwy Zanzibar. Pamiętam, jak wracaliśmy wieczorem, a nad busikiem przelatywało ogromne stado ptaków… No właśnie ptaki nie latają po zmroku, to były ogromne nietoperze. Niesamowity widok.

Wystarczy już tego pisania. Poniżej umieszczę trochę linków do stron z konkretnymi informacjami lub ciekawymi opisami Zanzibaru, a jeszcze niżej znajdziecie mój pamiątkowy film z Zanzibaru.
Lekko przejaskrawiony opis lotniska, ale dowcipny i ciekawy: http://www.piszesobie.pl/lotnisko-na-zanzibarze-6-wskazowek-jak-przetrwac


Dziękuję za uwagę i zapraszam na film:



Komentarze

Popularne posty