Teneryfa i wulkan Teide dla zwykłych turystów


Wulkan Teide. Teneryfa

Zawsze chciałem zobaczyć jakiś wulkan i choć w Polsce, a konkretnie na Dolnym Śląsku kiedyś były ich setki, to niestety pozostałości po nich nie odpowiadają mojemu wyobrażeniu o wulkanach. 
Najbliższe ciekawe wulkany są we Włoszech, ale chwilowo nie miałem nastroju na wycieczkę do Italii. Do Islandii jeszcze nie dojrzałem, zresztą, jako wakacyjny kierunek raczej średnio przemawiał do mojej żony. Padło, więc na Teneryfę i Pico del Teide
Wulkan ten uważany jest za czynny, choć ostatnia erupcja była w 1909 to wierząc wulkanologom niebawem można spodziewać się następnej. Nie jestem jednak pewien, czy „niebawem” w geologicznej skali nie oznacza przypadkiem tysięcy lat. Tak, czy inaczej polecieliśmy na Teneryfę mając nadzieję, że wulkan nie zechce obudzić się w naszym, zwykłym „niebawem”, które miało trwać jedenaście dni. Jako bazę wypadową wybrałem Puerto de la Cruz w północnej
Puerto de la Cruz. Teneryfa
części wyspy. Miasteczko to było dość popularne w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wśród turystów z zimniejszych krajów Europy, z tego okresu pochodzi też większość hoteli. My zadomowiliśmy się w hotelu „San Telmo” nad samym brzegiem oceanu i przy głównym deptaku. Lokalizacja wskazuje, że kiedyś musiał być jednym z lepszych, ale dzisiaj, choć przytulny i czysty, to wymaga już remontu. Wspomniałem, że tą część wyspy polubiły ludy północy, a to ze względu na chłodniejszy klimat. Na jedenaście dni trafiło nam się pięć, czy sześć z większym lub mniejszym zachmurzeniem, podczas gdy na stronie południowej prażyło ostro słoneczko. Zachmurzone niebo miało przynajmniej tą zaletę, że chciało się i można było oddawać się zwiedzaniu bez ”słonecznej” męki. Na początek pojechaliśmy do słynnego „Loro Parku”, choć kiedyś broniłem się przed odwiedzaniem tego typu przybytków. Przekonałem się do nich dopiero, po odwiedzeniu naszego „Afrykarium” we Wrocławiu. „Loro Park” jest właśnie czymś podobnym, choć
Loro Park. Teneryfa
raczej większym obszarowo i z większą ilością zwierząt. Co ciekawsze zwierzątka można obserwować już od momentu narodzin, czy wyklucia, przypuszczam, że ze względu na oswajanie z obecnością ludzi. „Loro Park” jest również placówką badawczą oraz, co ważniejsze przeznacza ogromne sumy ze swych przychodów na cele związane z ochroną zwierząt, co powinno być jakimś argumentem dla przeciwników trzymania zwierząt w zamkniętych ogrodach. Muszę przyznać, że tam po raz pierwszy widziałem występ ogromnych orek i oczywiście delfinów. Naprawdę ich umiejętności i widoczna więź z opiekunami robi na oglądających duże wrażenie. Tak przy okazji, jeśli chcecie usiąść blisko zbiornika, w którym pływają orki, to radzę jednak kupić od obsługi pelerynkę. Dlaczego? Zobaczycie na filmie, który zamieściłem poniżej. Inną ciekawostką (jedną z wielu) jest spacer pomostami wśród koron drzew, na których żyją różne gatunki ptaków. Cały obszar z drzewami zamknięty jest od góry siatką, więc ptaki latają swobodnie i często przesiadują w karmnikach umiejscowionych bezpośrednio przy ścieżce. Z informacji praktycznych dodam, że bilety można kupić wszędzie, na ulicy, w hotelu lub bezpośrednio przy wejściu do parku. Z biletem w dłoni można dojechać darmowo do parku specjalną kołową kolejką startującą z placyku przy głównej promenadzie, naprzeciwko kasyna i kaplicy San Telmo. Oczywiście polecam również spacer po mieście, zwłaszcza po starszej części, gdzie, o dziwo nie widziałem zbyt wielu turystów.
Puerto de la Cruz. Teneryfa. Ogród botaniczny

Inną atrakcją jest stary ogród botaniczny założony w 1788 roku z polecenia króla Hiszpanii- Karola III. To, że jest stary oznacza, że wszelkie rośliny, zwłaszcza drzewa są naprawdę okazałe w całym tego słowa znaczeniu. Odwiedzenie go, jest jak spacer po dżungli lub nawet lepiej, bo jest w nim tyle gatunków roślin, których naraz w prawdziwej dżungli raczej się nie uświadczy. Następną atrakcją jest duży park wodny Lago Martiánez wybudowany na brzegu oceanu. Wspominam o parku, bowiem plaże w tej części Teneryfy mogą niektórych ludzi rozczarować. Generalnie chodzi o trudne wejście do wody z racji sporej ilości dużych kamieni, które utrudniają, a wręcz mogą stanowić zagrożenie dla mniej sprawnych osób. Polecam zabranie obuwia do kąpieli i bardzo ostrożne wchodzenie do wody. Widziałem ludzi przewracających się, co chwilę, zanim doszli na głębokość umożliwiającą pływanie. Sam też miałem trudności z racji braku odpowiedniego obuwia. Długo czułem kość ogonową, gdy spora fala rzuciła mnie na kamienie, podczas gdy ja skupiony byłem na utrzymaniu równowagi. Teraz o wulkanie. Najłatwiej dojechać do niego wynajętym samochodem lub po prostu wykupić wycieczkę oferowaną w hotelu lub lepiej od agenta na ulicy. Wycieczka ma ten plus, że organizator nie tylko zawozi, ale załatwia bilety i nie trzeba stać w kolejce do kolejki. Przyznaję, że widok wulkanu i przejażdżka przez kalderę robi wrażenie. Widoki, jak z powierzchni Marsa. Tylko skały i nic więcej. Przepraszam, są jeszcze jaszczurki,
Pice del Teide. Teneryfa
gatunek endemiczny, który wykorzystuje swą endemiczność, łaskawie pozwalając się karmić chlebem (ale nie róbcie tego). Na szczyt Pico del Teide można wjechać szybką kolejką, choć trzeba być świadomym, że ekspresowe wjechanie na wysokość 3718 m n.p.m. sprawi, że po szczycie nie pobiegacie sobie bez zadyszki. Warto też użyć kremu z mocnym filtrem UV i zakryć głowę, bo zwiedzeni przyjemnym chłodem (na szczycie było około dwunastu stopni Celsjusza) poparzenia słoneczne zobaczycie dopiero na drugi dzień. Na sam szczyt trzeba dojść „z buta”, jednak potrzebne jest zezwolenie, które, co prawda jest darmowe, ale trzeba załatwić go z wyprzedzeniem. Słyszałem, że ludzie obywają się bez niego, bo raczej strażnicy nie chodzą tam non stop, ale uczciwość nakazuje dostosowanie się do zasad gospodarza w jego domu. Nie będę się zbytnio rozpisywał, bo, jak było widać na filmie. Odnotuję tylko na swojej liście, że „Wulkan zaliczony”. Z pozostałych atrakcji Teneryfy wymienię jeszcze wycieczkę do miejscowości, lub raczej wioseczki Masca, która jest jednocześnie początkiem wąwozu o tej samej nazwie. Wąwóz kończy się plażą położoną wśród klifów Los Gigantes, które osiągają wysokość nawet do 600 metrów. Do klifów popłynęliśmy katamaranem, skuszeni reklamą „najbardziej wakacyjnej wycieczki na Teneryfie”. Nie polecam, jeśli ktoś ma nadzieję, że popłynie pod żaglami. Nic z tego, to typowa wycieczka na silniku dla leniwych turystów. Na Teneryfie nie można się nudzić, jest tak wiele do zobaczenia i zrobienia, że zabrakło nam dni i trzeba było wracać. Tak przy okazji, już któryś raz zauważyłem, że nie warto stołować się w hotelu, na zewnątrz jest taniej, smaczniej i ładniej. To tyle z teneryfy. Poniżej jest troszkę materiału filmowego z wakacji na tej pięknej wyspie.



Kilka fotek poniżej.



Po lewej Hotel San Telmo

Widok z hotelowego balkonu

Park wodny z widokiem na wulkan

Puerto de la Cruz

To jest plaża


Porcik rybacki w Puerto de la Cruz podczas święta religijnego.

Widok z hotelu

Jeszcze jeden widok z hotelu na park wodny


Kapitan naszego katamaranu. 

Droga przez kalderę wulkanu

Coś się dzieje. Ciągle coś się dzieje...

Los Gigantes. Może nie wyglądają...







Wioska i wąwóz Masca

Masca

Masca

Loro Park

Loro Park

Loro Park

Loro Park








Komentarze

Popularne posty