poniedziałek, 19 października 2015

Wenecja, Motovun, Zadar

Wenecja. Młoda Julia na balkonie
Wenecja. Młoda Julia na balkonie.

Zachciało nam się zamieszkać w Wenecji, choć na jeden dzień bo to takie romantyczne miasto, bo była tam Angelina (to mój tajny powód) ble, ble, ble i tak dalej. Generalnie nie chcieliśmy być turystami wycieczkowymi, którzy biegają za przewodnikiem z proporczykiem, bo dużo już takich wycieczek widzieliśmy i wydaje nam się, że zobaczyć „wszystko” w jeden dzień, to tak, jakby nie widzieć nic. Przynajmniej mnie się tak wydaje, choć przyznaję, że w takich wycieczkach nigdy nie uczestniczyłem, więc jeśli jest inaczej i ktoś poczuje się urażony, to najmocniej przepraszam.

Osobiście nie odczuwam potrzeby zaliczenia czegokolwiek, lubię natomiast poczuć miejsce, w którym jestem i nie chodzi tu tylko o widoki, architekturę w przypadku miast, ale o ludzi. Lubię obserwować ludzkie zachowania, lubię usiąść gdzieś w knajpce i patrzeć na miejscowych i na turystów. Nie istnieje chyba nic bardziej różnorodnego i ciekawego niż ludzie, ich pomysły, zachowania, nastroje itd. Niestety jest to temat, którego nie da się opisać i wyczerpać, nie starczyłoby chyba serwerów Google, by pomieścić opisy ludzkich zachowań. Ja też się tego nie podejmuję i poprzestanę na krótkim opisie wycieczki i fotografiach oczywiście.



Jak zwykle trala la... Wyjechaliśmy zbyt późno i jak to ostatnio często się zdarza znaczną część drogi – całą Austrię i większą część przez Włochy przejechaliśmy w deszczu. Szkoda, po drodze były Alpy, które oglądaliśmy poniekąd od środka w postaci dość nudnych tuneli. Praktycznie całą drogę pokonaliśmy autostradami, a w dodatku jest ona tak prosta, że nie było potrzeby włączania nawigacji. Zrobiłem to dopiero na wybrzeżu. Była godzina dwudziesta trzecia z minutami, akurat przestało padać, a nam spieszyło się jak diabli, bo recepcja naszego hotelu czynna była tylko do północy. Na szczęście udało się zdążyć. Samochód zostawiliśmy na miejskim parkingu, na samej górze, bo jak się okazało resztę poziomów zajmują samochody rodzimych mieszkańców. Tak dla informacji, podobnie jak u nas przy wjeździe pobiera się bilecik, a płaci w kasie lub w automacie (na poziomie zero) przed wyjazdem. Pomimo, że przyjechaliśmy w czwartek i w zasadzie przed północą, to miejsca nie było zbyt wiele. Parkuje się tak ciasno, że nawet ja miałem problem z opuszczeniem pojazdu.

Zabraliśmy nasze graty z samochodu, takie niezbędne minimum, które w moim przypadku sprowadzało się do aparatu, okularów przeciwsłonecznych i przyborów toaletowych po czym poszliśmy podziwiać nocną panoramę Wenecji. Tak się składa, że parking jest w pobliżu portu, gdzie cumują wielkie wycieczkowce w rodzaju Queen Elizabeth i już z samochodu widzieliśmy wielką świecącą kolorowo „górę” ponad dachami starych kamienic. Niestety padła mi karta pamięci i nie ma żadnych zdjęć. Niestety nie było zbyt wiele czasu na dłuższe podziwiane nocnego widoku, bo zbliżała się pora zamknięcia recepcji naszego hotelu. Trzeba było zasuwać dość szybko przez Ponte della Costituzione, czyli Most Konstytucji, dalej przez placyk przy dworcu kolejowym i prosto do hotelu Minerva e Nettuno. Na szczęście pamiętałem o swoim spóźnialstwie i miejsce do spania zabukowałem dość blisko parkingu. Zdążyliśmy w ostatniej chwili!.

Zależało mi na hotelu w starej kamienicy i taki też mieliśmy. Minerva e Nettuno jest z rodzaju tych budżetowych, ale i tak oznacza to ceny dość wyśrubowane w stosunku do standardów. Najważniejsze, że mieszkaliśmy w Wenecji, mieliśmy duże łoże, stary obraz nad głową, zabytkowe komody i widok na zagracone Weneckie podwórko…Załatwiliśmy formalności i oczywiście, pomimo zmęczenia dwunastogodzinną podróżą poszliśmy na mały spacerek. To miasto chyba nie zasypia, ludzi na ulicach kręciło się więcej niż w moim mieście w porze dziennej. Widać było wszystkie rasy świata, choć o tej porze byli to w większości ludzie młodzi.



Widok z Ponte degli Scalzi (most w pobliżu dworca kolejowego) 



































Widoczek z miejsca do którego nie docierają turyści. 
















Następnego dnia ruszyliśmy na poszukiwanie normalnego śniadania, co w krainie makaronów, (za którymi nie przepadam) wcale nie było takie łatwe. Szliśmy sobie i szliśmy zapominając o jedzeniu, przypomniało nam się dopiero na placu San Polo praktycznie w centrum Wenecji. Tam też mieliśmy śniadanie, a ja musiałem pogodzić się z makaronem. Wenecja, to prawdziwy labirynt, ale jeśli ktoś ma choćby odrobinę zmysłu orientacji, to szybko połapie się w kierunkach zwłaszcza, że główne szlaki do atrakcji turystycznych były oznakowane. Hotel zaopatrzył nas w mapę, ale naprawdę okazała się zbędna. Po pierwszym dniu poruszaliśmy się jak u siebie. Wenecja naprawdę jest tak piękna, że moje ubogie opisy nikomu na nic się nie zdadzą. Tam po prostu trzeba być, trzeba się „zgubić”, posiedzieć w bocznych uliczkach, wchodzić w zaułki kończące się zazwyczaj małymi przystaniami dla łodzi, posiedzieć przy winie w knajpce nad kanałem… Cudownie. Oczywiście główne atrakcje też są wspaniałe i po prostu trzeba je zobaczyć, zwłaszcza, że tam jest największy tłum ludzi z całego świata, co jak dla mnie jest plusem. Nie mam jednak do pokazania zbyt wielu fotek, bowiem po pewnym czasie zrezygnowałem z noszenia lustrzanki, nie chciałem być turystą oglądającym 
wszystko przez pryzmat aparatu.



Selfie bez modnego (i potrzebnego) "kijka" do selfie :D 


Żałowałem tylko, że nie mam kijka do selfie, w Wenecji miała go, co druga osoba, a i kupić można go było za grosze od uśmiechniętego murzyna (nie będę się kurna bawił w poprawność) na ulicy. Wtedy selfie z "kijka"wydało mi się dość  głupie, ale… po czasie stwierdziłem, że lepsza taka pamiątka, niż bezosobowe fotografie miasta, których zresztą w necie jest pełno. Nie ma się, co wstydzić robienia selfie, nieważne czy jesteście sami, czy w grupie. To jednak jest prawdziwa pamiątka z niepowtarzalnych chwil.

Dość jednak Wenecji, na zakończenie napiszę tylko, że czuliśmy się tam, jak w domu i na pewno odwiedzimy to miasto ponownie.



































Wenecja. W knajpce nad kanałem. Tutaj zastała nas nagła burza. Uśmiechnięty murzyn z obsługi porwał bezceremonialnie moje piwo i zagnał nas do środka. Na piwie się nie skończyło... :) 



Wenecja. Uliczka po deszczu. W głębi jest nasz hotel. 


Motovun


Następnym etapem naszej podróży było górskie miasteczko Motovun (Włoskie zresztą) leżące na terenie Chorwacji. Dzieliła nas od niego odległość około 227 kilometrów, więc nie śpiesząc się dojechaliśmy popołudniową porą. Nie wiem, czy to norma, czy cwaniactwo, ale Chorwaci nie wpuszczają samochodów na górę do miasteczka. Trzeba wylegitymować się rezerwacją noclegu. Faktycznie na górze jest niewiele miejsca dla samochodów, ale my znaleźliśmy sobie miejscówkę pod murami. Żeby do niego dojechać trzeba przecisnąć się wąską, brukowaną uliczką, na której mieści się tylko jeden samochód. Miasteczko jest naprawdę maleńkie, ale niezwykle urocze. Mieliśmy nocleg w Willi Borgo naprzeciwko głównej bramy i prawdę mówiąc mogę tą miejscówką polecić z czystym sumieniem. Nie dość, że mieliśmy piękny widok z pokoju, to jeszcze mogliśmy korzystać z tarasu zawieszonego na zewnątrz muru. Niektórym może być wszystko jedno, ale ja bardzo miło wspominam wieczory na tarasie, przy butelce lokalnego wina, gdy obok siedziała amerykańska, wiecznie uśmiechnięta blogerka, naprzeciwko młode małżeństwo z Francji z małymi córeczkami wspinającymi się na stoły i wchodzącymi do pokoju przez okna. Było cicho, słońce zachodziło, w dole widać było prostą, jak strzała drogę… Bezcenne








Na murach miasteczka Motovun.















Motovun jest dość wysoko. 








Za murami miasta znajduje się włoski cmentarz. 

















Nasz widok z okna na główną bramę miasta i miejsce, gdzie koncentruje się życie dzienne i nocne.





Mury Motovun. 




Zachód słońca przy dobrym winku na tarasie Willi Borgo. 




Tu urodził się mistrz świata Formuły 1 z 1978 r Mario Andretti. No właśnie w miasteczku Motovun.


Zadar




Plaża na wyspie Vir. Nie jest tak całkiem tragicznie, ale brakowało mi skał i ciekawego dna. 

Po Motovun ruszyliśmy nad morze, a jako, że chcieliśmy odwiedzić kilka miejsc i tym samym zakończyć odwiedzanie Chorwacji na jakiś czas, wybraliśmy miejsce dość wypośrodkowane, ale przyznam, że, jak się okazało niezbyt przyjemne. Chcieliśmy zobaczyć zarówno słynny Pag, jak i rezerwat Paklenica, ale kusiło nas też miasto Zadar, chcieliśmy się też pluskać w ciepłym morzu, a do tego przydałaby się jakaś plaża, wybrałem, więc wyspę Vir na nasza bazę wypadową, ale może zacznę od początku. Po opuszczeniu miasteczka Motovun udaliśmy się do innego, byłego włoskiego miasta – Rovinj. Oglądałem w domu zdjęcia internautów i byłem zachwycony, na miejscu okazało się, że zdjęcia, to i tak za mało. Miasteczko jest naprawdę zachwycające. Te domy kąpiące się w ciepłym morzu, zachody słońca, kolory fasad, jachty. Niestety nie przewidywaliśmy noclegu, ale wykorzystaliśmy czas maksymalnie wałęsając się po uliczkach i jedząc obiad w restauracji nad samą wodą. Przepiękne chwile, których nie da się opisać.





Rovinj. Chorwacja. Zdjęcie z miejsca, z którego tradycyjnie robi się zdjęcia :). Nawet kurna znak jest...











Mocno już spóźnieni postanowiliśmy zobaczyć jeszcze Rzymski amfiteatr w Puli. Gnaliśmy naprawdę szybko, ale przyznam szczerze, niepotrzebnie, ta budowla nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia. Brakowało ciekawego klimatu, być może dlatego, że miasto Pula nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle Splitu, Trogiru, Rovinj, że o Dubrowniku nie wspomnę.





Amfiteatr Rzymski w Puli. Chorwacja 




Amfiteatr wygląda fajnie na zdjęciach, ale uwierzcie mi, nie warto uwzględniać go specjalnie w planach podróży. Ten dodatkowy punkt programu zajął nam jednak sporo czasu i na wyspę Vir dotarliśmy już bardzo późno. Na szczęście miła właścicielka willi, w której mieliśmy zaklepany nocleg czuwała i czekała na nas. No dobrze, teraz o miejscówce, na zdjęciach wyglądało to ładnie, ale okazało się, że miasteczko, w którym spaliśmy niczym nie różni się od miejscowości wypoczynkowych nad Bałtykiem (no może temperaturą wody, pamiętam, że latem tego roku były miejsca, w których Bałtyk miał ledwie dziesięć stopni). Wszędzie wille na wynajem, pełno plażowiczów, ciasnota… w niczym nie przypomina to pięknej Chorwacji, jaką znam z wcześniejszych wypadów. Jeśli ktoś uda się tam na swój pierwszy chorwacki urlop, to naprawdę będzie miał wypaczone wyobrażenie o tym kraju. Jeszcze jedno, właścicielka powiedziała nam, że woda w kranie nie nadaje się do picia, a my nie pomyśleliśmy, że do mycia zębów również się nie nadaje. Dopiero w domu doczytałem, że Vir nie ma ujęć wodnych i to, co leci w kranie jest wodą morską przefiltrowaną trochę przez piasek. Jeszcze jedna uwaga. Na wyspie nie ma kanalizacji, tylko szamba, które niekoniecznie muszą być szczelne. Generalnie trochę się przez mycie zębów rozchorowaliśmy, na szczęście apogeum choroby pojawiło się już po powrocie do domu. Prawdę mówiąc, zawsze mnie dziwi, że wakacje leczą z chorób wszelkich. W domu mogę mieć objawy grypy, ale zaraz po dojechaniu na miejsce, nad ciepłe morze wszystkie objawy znikają bez śladu. OK.





Pag. Chorwacja. Reszta zdjęć do następnego podpisu też jest z wyspy Pag. 













































Wracając do tematu. Odwiedziliśmy wyspę Pag, przepiękne miejsce, które trzeba objechać samochodem aż do najbardziej oddalonej osady. Nie wiem, z czym mógłbym to porównać, z Islandią? Trochę zbyt ciepło, ale widoczki podobne. Skały, pustkowia, dziwaczne ( z naszego punktu widzenia) owce i ser, jak się okazało przy zakupie, na wagę złota (Paski ser), choć oryginalny w smaku i z mleka owiec wypasionych na… skałach, bo przecież na Pagu nie rośnie nic, lub rośnie nic, do wyboru. Na Pagu jest kilka niezwykłych plaż z ciepłą wodą, niezbyt odległym dnem i niezwykłym, księżycowym krajobrazem. Jedną z bardziej odjechanych plaż jest ta, zwana chorwacką Ibizą – Plaża Zrce Pełna nocnych klubów i knajp, w których rozluźnieni ludzie pozwalają sobie na nieco więcej… Reszta plaż jest bardziej kameralna i porównując je z choćby naszą Łebą niezbyt zatłoczona. Na pewno nie ma na nich pajaców rezerwujących sobie parawanem kawałek plaży. Polecam Pag.





Park Narodowy Paklenica. Chorwacja. 















Następnym miejscem był Park Narodowy Paklenica. Niestety z braku czasu i z powodu temperatur przeszliśmy tylko wąwóz Wielka Paklenica, ale wiem i widziałem z daleka, że szlaki w wyższe partie gór porównywalne są ze szlakami w naszych Tatrach Wysokich. Różnica jest tylko w ilości turystów. W Paklenickim Parku Narodowym nie ma ich zbyt wielu w okresie letnim i z tego, co wyczytałem w necie poza sezonem też nie ma tłoku. Niestety nie ma też, co liczyć na schroniska. W Wielkiej Paklenicy jest jedno, ale trudno tam o zaopatrzenie w jedzenie i piwo, jak w naszych Tatrzańskich schroniskach.

Pomiędzy Paklenicą, a Pagiem wybraliśmy się też do miasta Zadar. Prawdę mówiąc byliśmy tam dwa razy i za drugim razem wciągnęły nas „pogańskie świątynie” tego miasta – „Morskie Organy” i





Zadar. Chorwacja. Pozdrowienie Słońca. 











„Pozdrowienie Słońca” Godziną przed zachodem słońca siedzieliśmy z innymi ludźmi na morskich organach i słuchaliśmy dźwięków niczym z tybetańskich klasztorów. Była to prawdziwa celebracja chwili, zachodu słońca, morza, ludzi obok. Alfred Hitchkock zachwycał się chwilami zachody słońca w tym miejscu i pewnie pod wpływem jego słów Chorwaci wybudowali instalację artystyczną o nazwie „Pozdrowienie Słońca”. Jest to szklana płyta w kształcie koła zamieniająca energię słoneczną na kolorowe światło. Zaraz po zachodzie, właściwie w chwili, gdy słońce znika za horyzontem, instalacja zaczyna świecić. Z początku dyskretnie, malutkimi przebłyskami, by zabłysnąć pełną mocą, gdy zrobi się już naprawdę ciemno. Ludzie chodzą po szklanych płytach, siedzą, leżą inni patrzą z zewnątrz okręgu… Zaiste jest to pogańska, żywa świątynia na miarę dwudziestego pierwszego wieku. O dziwo, pomimo tłumu ludzi czuje się tam spokój, którego trudno doświadczyć na nadbałtyckich promenadach. Samo miasto po zachodzi słońca również staje się niezwykłe, odczuwa się tam tysiące lat historii, ale też jakąś, taką ludzką życzliwość… Co by nie mówić nastrój jest naprawdę przyjemny. Mogę to miasto polecić z czystym sumieniem.











Zadar. Chorwacja. Zaraz po zachodzie słońca. 








Fajnie... się siedzi, się nic nie robi, się patrzy ;)



Zadar w nocy. Odkryłem, że smartfonem mogę robić zdjęcia po zmroku.



























Pozdrowienie słońca. Zadar 









Więcej zdjęć jest >Tutaj<

4 komentarze:

  1. Świetne zdjęcia, opisy miejsc, dziękuję. No i nie kupiłeś kijka do selfie, podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Też sie podziwiam ;) ale nie wiem, czy wytrzymam następnym razem bez kijka. Wszyscy mieli takowe, a ja czułem sie poza społecznością :D

      Usuń