środa, 8 października 2014

Samochodem prawie do Hadesu czyli Grecja 2014 Część 1

Grecja, Koroni. Twierdza w Koroni
Lubię podróżować samochodem. Nie wiem, czy to bakcyl przekazany przez rodziców, czy przez amerykańskie filmy drogi, ale fakt jest faktem. Podróż własnym środkiem lokomocji jest dla mnie po prostu synonimem wolności. Zalety i wady takiego sposobu przemieszczania się są w większości oczywiste, mnie dodatkowo podoba się koncepcja wtopienia się w zmotoryzowana społeczność danego kraju. Jeżdżę wtedy tak, jak autochtoni, poruszam się po ich drogach i wyobrażam sobie, że mieszkam w tym miejscu, że to moje miasto, moja ulica. Mogę zostać w danym miejscu tak długo, jak tylko chcę, mogę oglądać widoki w czasie, gdy inni turyści już wrócili do swych hoteli, mogę zmieniać plany w dowolnej chwili i docierać tam, gdzie tylko zechcę. Są też wady, po pierwsze trzeba mieć samochód, po drugie trzeba mieć sprawny samochód, po trzecie te wszystkie ubezpieczenia, przeglądy kosztują niemało, są to kwoty, za które raz w roku można zorganizować sobie wakacje z biura podróży. Generalnie jest drogo, niebezpiecznie i męcząco, ale… Wspaniale.

W tym roku również ruszyliśmy własnym pojazdem, a celem był południowy kraniec Grecji czyli Peloponez z małym miasteczkiem - Koroni na końcu. Dalej na południe jest już tylko Hades, jak wierzyli starożytni Grecy.

Jako, że mieliśmy jechać ze znajomymi, którzy mają młodsze dzieci, więc wymyśliłem, że nie będziemy się męczyć i podzielimy sobie te dwa i pół tysiąca kilometrów na trzy etapy. Pierwszy, taki lajtowy i aklimatyzacyjny prowadził przez Czechy i Słowację na Węgry gdzie wcześniej zarezerwowaliśmy sobie nocleg w małym miasteczku Kiskunhalas. Celowo wybraliśmy tą mieścinę z racji niedużej odległości do mniej uczęszczanego przez Turków przejścia granicznego w Tompie.

Jestem leniwy, więc trasę zaplanował wujek Google w przeważającej części prowadząc nas autostradami. Szybko i bezpiecznie. Widoki? Jakie widoki? W Czechach na Słowacji czy Węgrzech nie ma zbyt wielu zapierających dech w piersiach widoków. Zresztą, te kraje są na tyle blisko, że można jeździć sobie na weekend. (Na zdjęciach poniżej są zrzuty ekranowe z filmu kręconego na drogach). 
Przejście graniczne Rajka.
Granica w Rajce, jak widać. (zrzut ekranowy z filmu)

Droga przez Węgry. Pola i wiatraki
Węgry - Pola, pola, pola, wiatraki i nic... (zrzut ekranowy z filmu)

Oczywiście za autostrady się płaci, więc planując budżet na wakacje trzeba uwzględnić te kilka eurasów za szybkie drogi. Winietki kupowaliśmy w poszczególnych krajach na stacjach benzynowych, wyjątkiem były tylko węgierskie winietki zwane „Matrica” Te kupiliśmy wygodnie przez Internet będąc jeszcze w kraju. Jeśli ktoś nie wie, to informuję, że Węgrzy mają elektroniczny system opłat za autostrady. Przy zakupie podaje się markę samochodu i numer rejestracyjny sprawdzany następnie za pomocą systemu kamer rozmieszczonych na autostradzie. Prosto, przejrzyście i co najważniejsze bez korków. Nie można tak u nas?

Wyjechaliśmy z domu po godzinie ósmej rano w większości wyspani, oprócz mnie oczywiście, ale niestety moja ulubiona dziesiąta AM była nie do zaakceptowania przez resztę. Pojechaliśmy sobie autostradą A1 w kierunku Czech w towarzystwie swojskiego deszczu i niskiego pułapu chmur. Gadając przez CB nawet nie zauważyliśmy granicy, tak fajnie i szybko się jechało. Czechy przejechaliśmy w deszczu, dopiero pod granicą słowacką zaczęło się przejaśniać, a na Węgry wjechaliśmy już w słoneczku. Miasteczko Kiskunhalas w którym mieliśmy spać okazało się małym labiryntem uliczek i milusich domków o dziwo w lekko śródziemnomorskim stylu. Przyjechaliśmy dość wcześnie dzięki czemu załapaliśmy się jeszcze na spacer po miasteczku przy świetle dziennym. Nazwaliśmy je miastem pomników, bo tych było naprawdę sporo, jak na tak małą miejscowość. Nocleg mieliśmy w zadbanej, ładnej, parterowej willi z ogródkiem i małym dziedzińcem. 
Nocleg w miasteczku Kiskunhalas. Węgry (zrzut ekranowy z filmu)

Właściciele mówili tylko po węgiersku i niemiecku, ale jakoś nie stanowiło to problemu, choć my po węgiersku nic, a z niemieckiego wspólnie znaliśmy tylko słowa „ja” „gut” i „nicht schießen”.

Zaplanowaliśmy sobie wyjazd na dziewiątą rano z planem dojechania na południe Macedonii. Mieliśmy szukać noclegu w ciemno, ale wieczorem przy piwku coś nas naszło i zabukowaliśmy sobie (by booking.com) nocleg w turystycznym miasteczku Bitola, co później okazało się strzałem w dziesiątkę. Granicę z Serbią przejechaliśmy szybko, zgodnie z naszymi przewidywaniami nie było żadnej kolejki. Przejechaliśmy przez miasteczko Niki nagabywani na skrzyżowaniach przez żebrzące cyganki i wbiliśmy się na autostradę. Pierwsze, co rzuciło się w oczy to multum drogich samochodów na niemieckich i austriackich tablicach. Czyżby bogaci Niemcy jechali do Grecji? Ależ nie. Widok burek na kobiecych głowach rozwiał nasze wątpliwości. To wszystko Turcy jadący na wakacje do swego kraju. Serbia naprawiła część swoich autostrad i w zasadzie do Belgradu jechało się całkiem dobrze, niestety przed Belgradem zrobiliśmy błąd sugerując się nawigacją pojechaliśmy zachodnią obwodnicą (E-75), która, jak się okazało nie była kompletna i co rusz utykaliśmy w korkach na wąskiej drodze. Wracając przejechaliśmy przez centrum Belgradu bez żadnego problemu. Stolica Serbii położona na wielu wzgórzach nawet widziana z okien samochodu prezentuje się całkiem ciekawie. Myślę, że przy najbliższej okazji warto będzie zatrzymać się na kilkudniowe zwiedzanie zwłaszcza, że miasto to jest jednym z najstarszych w Europie a jego historia sięga ponoć siedmiu tysięcy lat wstecz. Za Belgradem znowu pojawiła się autostrada oczywiście płatna po dwa, trzy Euro na odcinkowych bramkach. Korków na tych bramkach jednak nie uświadczyliśmy. Taką w miarę wygodna trasą dojechaliśmy za miasto Leskowac, gdzie autostrada definitywnie się skończyła. Dalsza trasa przez Serbię była już nieco męcząca i niezbyt ciekawa. Wzdłuż istniejącej trasy budowana jest autostrada, przez co jedzie się jakby po wielkim placu budowy.

Na granicy Serbsko - Macedońskiej była już mała kolejka, ale poszło szybko. 
Granica Macedońska
Granica Macedońska. (zrzut ekranowy z filmu)

Pierwsze kilometry Macedonii pokonaliśmy szybko i przyjemnie autostradami na których można płacić w Euro i ceny w tej walucie były wypisane na karteczkach przy bramkach. (Wedle informacji ze strony MSZ w Macedonii wolno płacić tylko lokalną walutą) podziwiając pustkowia za oknami samochodu. Przeliczyliśmy się jednak z czasem, robiliśmy dużo postojów na siku i picie (może w odwrotnej kolejności) i zaczęło robić się późno, podczas gdy my byliśmy dopiero w połowie drogi. Co gorsza widzieliśmy góry w oddali i ciemność nad nimi niczym w krainie Mordoru. W końcu wjechaliśmy w te góry, autostrada rozdzieliła się na dwa, całkiem osobno poprowadzone pasy ruchu. Zapadła ciemność i zaczęła się ulewa. W częstych błyskach wyładowań atmosferycznych widzieliśmy momentami, że jedziemy przez jakieś mosty, przełęcze itp. Było też kilka tuneli wyrwanych w litej skale. Mimo to jechaliśmy szybko, bo wedle naszych wyliczeń do miejsca noclegu mieliśmy dotrzeć krótko przed północą, a recepcja czynna była tylko do północy. Problemik był w tym, że nie dysponowaliśmy mapą Macedonii, a ta w nawigacji była maksymalnie niedokładna do tego stopnia, że w całkiem dużym mieście, jakim jest Bitola pokazywała tylko główne drogi, całe dwie… Reszta była białą plamą. Udało się nam dotrzeć do Bitoli dziesięć minut przed północą, ale nie wiedzieliśmy gdzie jest nasz hotelik, Dysponowaliśmy adresem pisanym cyrylicą, wiedzieliśmy, że jest on gdzieś na starym mieście, ale stare miasto to kręta sieć jednokierunkowych uliczek. Uroczych uliczek, w których miło jest się zagubić zwłaszcza, że to miasto żyje w nocy. Knajpki pootwierane, ludzie siedzą przy stolikach na ulicy bądź spacerują, wszędzie pełno ładnych i szczupłych dziewczyn… Pięknie. Udało nam się jednak skupić na poszukiwaniach i znaleźliśmy nasz hotel równiutko o północy i teraz jedynym problemem było do niego dojechać. W końcu odpaliłem nawigację w smartfonie pomimo niemałych kosztów za transfer (ponad 18 zł za 1 MB) i częściowo nawigując, częściowo szukając przejazdu z buta jakoś dojechaliśmy. Pokoje wyglądały na przyzwoite, dziwiła tylko ciemność za oknem, jak się później okazało był to mur oddzielający nas od… 
Pobudkę mieliśmy o szóstej rano, obudził nas przeraźliwy dźwięk dzwonu świątyni stojącej tuż za oknem. Nie był to spokojny dźwięk, taki jak w Polskim kościele. Nie. Było to szybkie walenie w stylu pobudka, pobudka, do kościoła skurczybyki… Udało nam się przekimać jeszcze godzinkę, po której nastąpiła powtórka z rozrywki. Wstaliśmy więc starając się jednocześnie nie używać znanego już na całym świecie słowa na „k”, zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy na spacer po miasteczku. 
Villa Diamond. Bitola. Macedonia
Nasz hotelik w Bitoli. (zrzut ekranowy z filmu)


Uliczka w Bitoli. Główny deptak. (zrzut ekranowy z filmu)

Bitola. Macedonia. Rynek z meczetem
Bitola. Rynek z fontanną, pomnikiem Aleksandra i meczetem. (zrzut ekranowy z filmu)


W świetle dziennym też było ładne, choć nie tak kuszące, jak w nocy. Przeszliśmy główny deptak, obejrzeliśmy fontanny, pomnik słynnego Aleksandra i muzułmański meczet pośrodku rynku. Po spacerze ruszyliśmy drogą E-65 ku granicy z Grecją. Przejście graniczne było malutkie i puste, Grecki celnik rzucił okiem na paszporty i machnął ręką, by jechać. Lokalnymi drogami dojechaliśmy do autostrady nr 2 i ruszyliśmy mniej więcej w kierunku Kalabaki i słynnych „Meteorów”. Autostrada naprawdę wspaniała, prowadzi przez góry w których co rusz wykute są tunele. Niektóre zakręcają inne prowadzą to w górę, to w dół tak, że zatraca się nieco poczucie kierunku. Po zjeździe z autostrady jedzie się w kierunku Kalabaki uroczą górską drogą pełną zakrętów i wspaniałych widoków. 
Droga do Kalabaki i słynnych Meteorów. (zrzut ekranowy z filmu)

Kalabaka. Grecja, Meteory. Widok z drogi
Widać już Kalabakę i skały Meteorów. (zrzut ekranowy z filmu)

Zwłaszcza z miejsc, z których widać skały „Meteorów”. Nocleg w miasteczku mieliśmy znaleźć na miejscu, ale gdy wyszliśmy w tym upale na spacer, przeszliśmy kilka górek, to szybko przeszła nam ochota na dalsze poszukiwania. Generalnie nie byłoby problemu z noclegiem, gdyby nie fakt, że nasza grupa była nieco większa, a chcieliśmy mieszkać w jednym budynku. W końcu usiedliśmy pod krzaczkiem, zalogowałem się na booking.com i w kilka chwilek znalazł się nocleg. Po zameldowaniu się poszliśmy na poszukiwanie karmy dla ludzi, przy czym okazało się, że Grecy słuch mają dobry i już niebawem jeden naganiacz zaczepił nas słowami „Dzień dobry Polacy” Skoro się już postarał, to poszliśmy do jego restauracji. „Ryzyk fizyk” i tak nie można było porównać cen, bo cwaniacy nie wypisują ich na tablicach. Gdy się już jednak usiądzie, weźmie menu, oni przylatują z wodą i arbuzem, po czymś takim trudno się ulotnić nie zamawiając niczego. Obiad był dobry i wcale nie jakoś szczególnie drogi. Nie pamiętam ile kosztował, ale z komentarzy znajomych, którzy jeżdżą nad nasz Bałtyk wynika, że ceny są zbliżone. Rano oczywiście pobudka za pomocą dzwonów. Tym razem stały nieco dalej i nie były tak natarczywe, jak w Macedonii. Po wymeldowaniu z hotelu pojechaliśmy na zwiedzanie „Meteorów”. Jeśli o mnie chodzi, to widziałem już wiele zamków, klasztorów i innych budowli tego typu. „Meteory” są ładne, ciekawie położone, ale widok wcale „dupy nie urywa”. Ot klasztory na skałkach i skomercjalizowane zwiedzanie. Już nawet puszczają panów w krótkich spodenkach. W Polsce mamy ciekawsze miejsca ;)


Meteory. Grecja





Grecja. Meteory
Więcej zdjęć w Albumie Google+ Grecja 2014 Koroni

Po zwiedzaniu pojechaliśmy na skos w kierunku Larisy tym razem nie autostradą, a zwykłymi drogami przez wsie i miasteczka. Pierwsze, co walnęło nas w oczy to śmieci. Wszędzie pełno śmieci, a na poboczach dróg leżą zdechłe psy, kojoty i inne zwierzęta. Drugie spostrzeżenie to pickupy na których siedzą murzyni zwani bardziej poprawnie czarnoskórymi emigrantami. Obrazki jak z amerykańskich filmów lat 60 tym bardziej, że o krajobrazy miejscami podobne. Pola kukurydzy, zraszacze i dużo pustej przestrzeni. Trzecie spostrzeżenie, to ogromna ilość fotoradarów, ale… żaden Grek przed nimi nie zwalniał wobec czego i my zaryzykowaliśmy. Jak do tej pory potencjalne greckie mandaty do nas nie dotarły. Z Larisy znowu zrobiliśmy skrót drogą E-65 w kierunku miasta Lamia (skojarzenie z imieniem postaci z filmu Seksmisja). Tam wbiliśmy się na autostradę, z której niebawem zjechaliśmy, by zobaczyć Termopile znane młodym pokoleniom głównie dzięki filmowi „300” Pojechaliśmy w kierunku pomnika Króla Leonidasa, ale zanim do niego dojechaliśmy, skręciliśmy w prawo, w kierunku mało znanego miejsca z gorącymi źródłami. 
Grecja. Termopile - Gorące źródła.
Termopile - Gorące źródła. (Zrzut ekranowy z filmu)

Woda w nich jest naprawdę gorąca i śmierdząca, ale gdy podjechaliśmy kąpały się w nich dwie osoby. My nie byliśmy tacy odważni, zwłaszcza, że jeszcze szmat drogi przed nami a zapach zepsutych jaj w samochodzie nie należy do wielkich przyjemności. Pomnik Leonidasa znany jest wszystkim ze zdjęć, podjechaliśmy do niego tylko po to, żeby mieć przyjemną świadomość, że tak, oto tu byliśmy, dotknęliśmy …
Pomnik Leonidasa. Termopile. Grecja
Pomnik Leonidasa. (Zrzut ekranowy z filmu)
 Więcej zdjęć Grecji w albumie Grecja 2014 Koroni

Koniec części pierwszej.

Część druga>> 

2 komentarze:

  1. Piękna podróż :) wspominam trochę dzięki Tobie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też wspominam :) Trochę
    Napisałem już drugą część.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń