czwartek, 9 października 2014

Samochodem prawie do Hadesu Część 2

Kanał Koryncki. Grecja
Spod Termopili dalej na południe wyruszyliśmy oczywiście autostradą, całkiem ładną zresztą, gładką i obsadzoną kwiecistymi krzewami. Zatrzymaliśmy się dopiero przy Kanale Korynckim. Znany nam tylko z lekcji historii i programów geograficznych nie zawiódł. Naprawdę robi wrażenie i warto o niego zahaczyć będąc w pobliżu. Grecy mogliby jednak się nieco postarać i przynajmniej posprzątać bo najbliższe otoczenie nie sprawia pozytywnego wrażenia. Dalsza podróż przez Peloponez odbywała się nowiutką autostradą, której nie ma na mapach elektronicznej nawigacji z 2011 roku. Autostrada na której przez długie odcinki czasu jechaliśmy samotnie kończy się w pobliżu lotniska miasta Kalamata. Dalej drogami lokalnymi dojechaliśmy do miasteczka Koroni. 

W mieście pełno ludzi i samochodów, a drogi wąziutkie. Była sobota i w porcie szykowano się do jakiejś imprezy. Wszędzie zakazy wjazdu i pozagradzane ulice. Na szczęście nasza gospodyni w kilka chwil załatwiła nam pozwolenie na przejazd. W takim małym miasteczku wszyscy się znają, a miejscowy policjant zawsze jest czyimś synem, wnuczkiem, kuzynem itp. Imprezą do której przygotowywało się całe miasteczko były występy taneczne na scenie w porcie. Mieszkańcy przynieśli sobie stołeczki, były darmowe przekąski i ciasta. Możliwe, że było i wino, ale nie pchaliśmy się na darmochę. Nazajutrz zwiedziliśmy sobie miasteczko mimo upału i mimo faktu, że wszędzie było pod górkę. Sympatyczna mieścina z rodzaju typowych „pocztówkowych”. W miarę czysta, choć widać było bałagan wynikający z „południowego” luzu, ale to wszystko. 









Porcik w Koroni nocą. Grecja
Porcik w Koroni nocą.

Miasteczko Koroni i twierdza nocą.
Miasteczko Koroni i twierdza nocą.
Port w Koroni. Grecja

Fajne południowe zwyczaje, w sam raz dla mnie. Życie zaczyna się po północy, po północy zapełniają się uliczki i place zabaw. Ludzie ładnie się ubierają i wychodzą do knajpy zjeść coś, posiedzieć przy lampce wina, lub tylko wody. Spacerują też głównym deptakiem. Młodzi i starzy, wszyscy uśmiechnięci i uprzejmi. Nie słyszałem tam wrzasków lub pijackich okrzyków, nie czuło się nigdzie agresji i nadmiaru testosteronu pomimo, że młodzieży było sporo. Dużo ładnych, opalonych dziewczyn z długimi włosami i facetów stylizujących się na bohaterów z filmu „300” (Zobaczcie plakat). Nad miastem góruje stara twierdza, jedna z kilku zwanych „Oczami Wenecji”. W jej wnętrzu Grecy wybudowali kilka domów, jest też świątynia i cmentarz. Cmentarzyk jest dość ciekawy, nie tak poważny, wręcz ponury, jak nasze. Na każdym nagrobku leżą i stoją przedmioty związane z życiem zmarłego, są też zdjęcia, ale nie typowe, nagrobkowe, ale wzięte z życie, ludzie na nich uchwyceni są w typowych czynnościach dnia codziennego, widać związki z ich zawodem, zainteresowaniami. Oglądając taki nagrobek widzi się żywego człowieka. Takiego, jak go zapamiętali najbliżsi. 
Greckie nagrobki.

Opuszczona świątynia w ruinach twierdzy Koroni. Grecja
Opuszczona świątynia w ruinach twierdzy Koroni

Greckie nagrobki.

Greckie nagrobki.
Greckie nagrobki.


Jak dla mnie fajny zwyczaj. Z samej twierdzy zachowało się dość sporo, nawet podziemia się znajdą, choć chodzenie po nich nie wygląda na bezpieczne. Mury twierdzy od strony morza są w dość opłakanym stanie, i wygląda na to, że bez prac konserwatorskich ta reszta długo nie przetrwa. Całe kawały murów leżą w morzu, reszta wisi w powietrzu trzymając się chyba tylko na słowo honoru. Widok jednak malowniczy. Po drugiej stronie twierdzy, w dole znajduje się cypelek z niewielkim klifem na którym wypasane są kozy. Na prawo od niego rozciąga się długa plaża. Piaszczysta, choć nie jest to piasek znany z plaż bałtyckich. Jest ciemniejszy i mocniej się nagrzewa przez co do wody trzeba biegać, jeśli ktoś chce chodzić boso. 
Plaża Koroni. Grecja
Plaża Koroni.

Oprócz plażowania przejechaliśmy się do sąsiedniej i bardziej malowniczej twierdzy Methoni. Nie wiem, czy mieliśmy szczęście, czy też Grekom nie chce się pobierać opłat, ale weszliśmy za darmo. Najciekawszym miejscem twierdzy jest mały zameczek dobudowany przez Turków na wysepce oraz mała cerkiew pośrodku. 
Methoni
Twierdza Methoni.

Po zwiedzaniu pojechaliśmy wykąpać się w wodach zatoki Navarino gdzie 20 października 1827 w czasie wojny o niepodległość Grecji, odbyła się bitwa morska pomiędzy flotą turecko-egipską a francusko-brytyjsko-rosyjską. Nieopodal znajduje się jedna z piękniejszych greckich plaż – w zatoce Voidikilia. Generalnie w rozsądnej odległości od Koroni nie ma zbyt wielu ciekawych miejsc, ale nie nudziliśmy się. Dwa tygodnie słońca i nurkowania w ciepłej wodzie to nadal mało…
Snorkeling. Morze Egejskie
Snorkeling. (GoPro)

Powrót do domu również rozłożyliśmy na trzy etapy. Pierwszy prowadził przez Olimpię, miejsce narodzin Igrzysk Olimpijskich. Polecam zwiedzenie muzeum oraz stanowiska archeologicznego wpisanego na Listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. 
Muzeum w Olimpii. Grecja
Muzeum w Olimpii.

Dalej zachciało nam się przejechać przez słynny, prawie trzykilometrowy most przez cieśninę Riońską – Most Rio-Antirio. Przyjemność ta kosztuje 11 Euro i według mnie nie jest warta swej ceny jeśli ktoś chce przejechać przez niego tylko dla widoku. Niestety konstrukcja mostu sprawia, że widok na boki i do przodu jest mocno ograniczony. 
Most Rio-Antirio. Grecja
Most Rio-Antirio
Most, za to świetnie skraca drogę i tu owe 11 EUR jest całkiem uzasadnione. Nocleg pierwszego etapu zaplanowany był w Delfach. Zdążyliśmy jeszcze przed zamknięciem stanowiska archeologicznego. To miejsce kultu Apollina znane również ze słynnej wyroczni naprawdę warto zobaczyć. 
Delfy. Grecja. Miejsce kultu Apollina.

Nasza pora tuż przed zamknięciem była całkiem niezła, praktycznie nie było już turystów. Nocleg w małym hotelu przy głównej ulicy miasteczka. Trzeba brać pod uwagę, że praktycznie żaden hotel w Delfach nie posiada parkingu, zwyczajnie nie ma na to miejsca. Parking trzeba zorganizować sobie na ulicy, czasem nawet dość daleko. 
Uliczka i jeden z hoteli w Delfach.
Uliczka i jeden z hoteli w Delfach.

Rano śniadanko na tarasie widokowym restauracji hotelowej i w drogę. Piękną drogę przez góry. Nocleg następnego etapu, to przedmieścia Skopje. Chciałem napisać jeszcze o greckich kierowcach przed którymi przestrzegają wszelkie przewodniki (chyba przepisywane jeden od drugiego). Grecy jeżdżą tak, jak i my wcale nie gorzej, łamią bzdurne przepisy tak samo, jak my, ale też szanują swoje życie, jak i my. Za to przedmieścia Skopje to prawdziwa dżungla. Jeździ tam złom wszelaki jak chce i gdzie chce. Trąbi się tam na wszystko, wyprzedza bez migaczy, nieważne z której strony, a pojazdy, które tam widzieliśmy, w naszym kraju pamiętają tylko wyjątkowo wiekowi seniorzy. Za to nazajutrz wspaniała droga przez góry, tym razem w świetle dnia dostarczyła nam wspaniałych wrażeń wizualnych. Następny nocleg w Serbii w miasteczku Palic nad jeziorem w ładnej willi „Boska”, której właściciele ugościli nas dość mocną śliwowicą. Jezioro ładne, zagospodarowane – park, molo, obiekty sportowe i baseny, ale widać, że to wszystko czasy świetności ma już za sobą. W jeziorze nie można się kąpać, woda bardzo zanieczyszczona. Nazajutrz etap ostatni, prosto do domu. Tu jednak nie obyło się bez niespodzianki – kilkugodzinnego oczekiwania na przekroczenie zewnętrznej granicy UE czyli węgierskiej. Celnicy sprawdzali dokumenty i bagażnik każdego samochodu niezależnie, czy z Unii czy spoza Unii. Było trochę bałaganu, bo Turcy i Serbowie wciskali się w kolejkę przeznaczoną tylko dla obywateli UE więc niestety ta konkretna kolejka nie była szybsza od pozostałych (jak pisali ludzie na forach) Reszta drogi przez Węgry, Słowację i Czechy minęła niezauważenie. 

Dziękuję za przeczytanie i zapraszam ponownie za czas jakiś.
Zadowolony autor :) 


KONIEC


2 komentarze: