czwartek, 15 maja 2014

Rowerami z Tyńca do Krakowa

Zachciało nam się wycieczki rowerowej, takiej w nowym, ciekawszym miejscu niż te, w najbliższej  okolicy. W życiu tak bywa, że jeśli się wpada się na jakiś pomysł, to od razu pojawia się lawina różnych możliwości. „Nam wpadła” w oko Nadwiślańska Trasa Rowerowa (ostatnio mówi się, że kiedyś będzie od gór do morza...), a konkretnie odcinek z Tyńca do Krakowa. Pojechaliśmy w ciemno, nie sprawdzając niczego w necie, by nie psuć sobie przyjemności odkrywania (Ameryki). Jakieś pół godziny z hakiem wystarczyło na zamontowanie bagażnika dachowego i rowerków i ani się obejrzeliśmy, jak zrobiło się późne popołudnie, no ale Kraków to tylko 60 km drogi... Dojechaliśmy koło 18.00 Oczywiście o tej porze miejsc do parkowania było pod dostatkiem i to praktycznie pod samym klasztorem w Tyńcu. Zrobiliśmy mały postój na dziedzińcu klasztoru, o tej porze było tam niezwykle spokojnie, a wyczuwalne wieki historii stworzyły wręcz nostalgiczny nastrój.


Klasztor w Tyńcu.

Dziedziniec klasztoru w Tyńcu. Dziwne, nikogo tu nie ma.


Wisła oczywiście.


Z klasztoru na trasę rowerową prowadzą dwie drogi, my wybraliśmy gruntową wzdłuż Wisły. Gdy jest sucho, to nie ma problemu, ale po deszczu może być trochę błotka. Grunt kończy się w pobliżu autostrady A4 (raczej obwodnicy Krakowa) i stopnia wodnego "Kościuszko". Dalej mijamy tor kajakarski. Tutaj można zatrzymać się, kupić coś do jedzenia i picia :) (ale nie radzę, dalej zdarzają się kontrole trzeźwości rowerzystów)



Trasa w większej części prowadzi koroną wałów przeciwpowodziowych.



Jak widać, droga rowerowa jest prosta, gładka i przyjemna za wyłączeniem odcinków, gdzie trzeba z niej zjechać (niestety nie ma ciągłości). Całość z Tyńca do Krakowa, to około 12 km łatwej trasy, fajnie się nią jedzie gdy nie ma ruchu, ale czytałem, że w sezonie jest "nieco" zatłoczona. Używają jej zarówno rowerzyści, jak i rolkarze, a również spacerowicze z dziecięcymi wózkami.






Troszkę pojeździliśmy rowerkami po Krakowie, ale do przyjemności to nie należy, poza bulwarami Wisły oczywiście. Wracaliśmy gdy nadciągał zmierzch. Prosto pod zachodzące słońce, bardzo symboliczne, jak na starych westernach. The End.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz