wtorek, 20 maja 2014

Podróż ku przebudzeniu

Zapewne niektórzy z was zastanawiają się dlaczego w tytuł bloga wpleciony jest Budda. Otóż interesuję się naukami buddyjskimi, ale nie w sensie religijnym, który pewnie przychodzi wam do głowy, ale w kontekście rozwoju osobistego. Zresztą buddyzm w swym sednie nie jest żadną religią, jedynie w państwach wschodu przybrał taką formę dla lepszego wpasowania się w ludzkie potrzeby. Czym, więc jest buddyzm? Jest naukami i metodami pracy z umysłem dla rozwoju tegoż umysłu i w celu osiągnięcia pewnych rezultatów – szczęścia, odwagi, miłości i w ostateczności oświecenia rozumianego między innymi, jako doświadczenia rzeczywistości poza wszelkimi podziałami. Na takim zwykłym, ludzkim poziomie buddyzm uczy, jak lepiej żyć i lepiej umierać. Oczywiście temat ten jest zbyt obszerny, jak na jeden wpis w blogu, sam Budda pozostawił po sobie osiemdziesiąt cztery tysiące nauk odpowiednich dla różnych rodzajów ludzi, trudno więc pisać ogólnie o wszystkim. Chciałbym jednak poruszyć temat podróży i ich wpływu na duchowy rozwój człowieka, bo takowy istnieje i w tym temacie odkrywcą żadnym nie jestem.

 

Krążył kiedyś w necie łańcuszek ze „Złotymi myślami” XIV Dalajlamy, a przynajmniej jemu były przypisywane. Jedna z owych myśli, czy też porad mówiła „Przynajmniej raz w roku wybierz się do miejsca, w którym jeszcze nie byłeś”. Jest bardzo prawdopodobne, że myśl pochodzi od Dalajlamy bowiem bardzo wpasowuje się w tzw. „Ducha buddyzmu”.
Żeby zrozumieć o co chodzi, trzeba się cofnąć jakieś dwa i pół tysiąca lat wstecz w czasie i przestrzeni trafiając do państwa Siakjów w północnych Indiach. Żył tam pewien książę o imieniu Siddhartha, który z rozkazu swego ojca nigdy nie opuszczał murów pałacu. Nie musiał zresztą, miał wszystko, czego tylko potrzebował; wspaniałe rozrywki, gry, widowiska, sport i oczywiście najpiękniejsze kobiety z królestwa. Żył, jakby to dzisiaj niektórzy określili, życiem „Leminga”. Pewnego dnia jednak ruszył w podróż, taką bliską, by zobaczyć królestwo swego ojca. Ta podróż otworzyła mu oczy i stała się początkiem duchowej drogi do oświecenia.
W historii życia Buddy można doszukiwać się wielu prostych lub skomplikowanych alegorii, a tą akurat można przetłumaczyć bardzo prosto. Zauważcie, jak wygląda życie wasze lub waszych znajomych (Jeśli tak nie wygląda, to jesteście szczęściarzami). Wstajecie rano, jakieś poranne ablucje, śniadanko, albo nie i idziecie do pracy. Ta sama trasa od lat, ci sami ludzie od długiego czasu, ta sama trasa powrotna. Jakiś wypad do sklepu, w weekend może do kina, może na imprezę, a może przed telewizor... Wakacje w znajomych miejscach nad morzem, ewentualnie zagraniczne plaże, hotel i drinki z parasolką. Dla niektórych to szczyt marzeń - bezpiecznie i wygodnie. Czyż jednak nie jest to podobne do życia księcia Siddharthy w pałacu (oczywiście w przenośni). Żyjąc tak rok za rokiem nie zauważamy już cudowności świata, nie zauważamy już drogi do pracy i do domu, zmieniającego się codziennie światła, innych chmur, zmian w ludziach. Otaczamy swój umysł skorupą, która, co prawda daje nam poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, ale sprawia również, że wszystko staje się bardziej przygaszone, wręcz szare. W ten sposób człowiek starzeje się wewnętrznie, a znam co najmniej kilku młodych ludzi, po których nie spodziewałbym się takiej szarości. Ta szarość wpływa na wszystko, na możliwość odczuwania szczęścia, na postrzeganie innych ludzi, których nasza skorupka nie pozwala poznać naprawdę, na nasze poglądy i nasze codzienne wybory. Szarość zapętla się sama w sobie. W takim kontekście rada Dalajlamy jest naprawdę pożyteczna i rewolucyjna. Wyjazd do nowego miejsca działa jak dziura w skorupce, jeśli jeszcze zdarzy się podróż do naprawdę innego miejsca, innego kraju o innej kulturze, to taka dziura może spowodować, że skorupa po prostu się rozleci. Nowe doświadczenia, widoki, smaki, zapachy i przede wszystkim ludzie sprawiają, że nasz umysł otwiera się, rozkwita i nie dzieli już wszystkiego tak wyraźnie na „albo to, albo tamto”, pojawia się więcej wewnętrznej przestrzeni w której jest miejsce na „i to i tamto”. Facet przebrany za kobietę z brodą a'la „Conchita Wurst” nie będzie już wywoływał gwałtownej reakcji, której podstawą, tak  naprawdę był nieuświadomiony strach przed nowym i nieznanym. Mówi się, że podróże kształcą.  Tak, to prawda, również w sensie duchowym, mogą być początkiem drogo do oświecenia i wcale nie muszą być związane z buddyzmem. Posłużę się tu przykładem Pani Beaty Pawlikowskiej, niektóre z jej książek wręcz ociekają przemyśleniami, które równie dobrze można by przypisać Dalajlamie lub Lamie Ole Nydahl. Wygląda na to, że nauki buddyjskie nie są przypisane do jakiejś konkretnej kultury i miejsca, lecz mają swe źródło w umyśle wszystkich ludzi. Żeby jednak dotrzeć do tego źródła trzeba się ruszyć nie tylko w sensie duchowym, wyjście poza próg swego domu i spontaniczny wyjazd też będą dobrym początkiem. 

Obrazki ilustrujące ten wpis pochodzą z banku zdjęć "Depositphotos"

5 komentarzy:

  1. :)... Rzeczywiście... buddyzm ma swoje źródło w umyśle wszystkich ludzi... :)...
    Dawno mnie tu nie było.
    Pozdrawiam :)...

    ps. wyłącz jeśli możesz weryfikację obrazkową, odstrasza ona czytelników i komentujących...

    OdpowiedzUsuń
  2. Sorry, nawet nie wiedziałem że jest taka weryfikacja. Wyłączyłem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze powiedziane pokrótce o co w buddyzmie się rozchodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło przeczytać pochwałę. Dziękuję :)

      Usuń